03 maja 2006

# 189

I znów piszę po długiej przerwie. "I znów" to jak zaczynać zdanie od "a więc". Bardzo nieprofesjonalnie.
Nie pamiętam już za dobrze tego, co działo się wczoraj, nie mówiąc o ostatnich kilku tygodniach, więc pewnie znów wkleję tu jakieś po-łebkach-sprawozdanie, żeby odfajkować bloggera.

Miałam pisać ponad dwa tygodnie temu, w ostatni dzień pracy w starej firmie, ale wykończyła mnie dziewucha, którą szef przyjął na moje stanowisko, a tydzień poświęcony na jej tak zwane przeszkolenie był chyba najgorszym w tej pracy i wygładził mi kompletnie korę mózgową. Dowiedziałam się o wszystkich intymnych szczegółach z jej życia, zobaczyłam zdjęcia wszystkich jej członków rodziny i byłych chłopaków, wysłuchałam jęczenia o zakochanym w niej byłym szefie Angliku, który ma lat 60 i raka i pisze jej smsy I Miss You...
Dodam, że to pani magister. A ja tak słuchałam, kiwałam głową i popadałam w czarną rozpacz.

Potem zaczęła się nowa praca. Wskoczyłam w kompletnie nowe klimaty, tak różne od tych dotyczczasowych, zdrowsze zdaje się. A jeszcze w tak zwanym między czasie zrobiła się Wiosna. Byłam na pierwszym w tym sezonie ogródkowym Spiżu, który nota bene smakował jak wygazowana cola z Biedronki. Słońce rozpoczęło działalność na pełen etat, dziewoje w Rynku przebrały się niemalże w stroje Ewy, chociaż chwilami może bardziej Dody lub Mandarin. Jurne chopaki wyposażone w swoje samochody, a te z kolei w sprzęt marki Hałas, zaczęli już sezon jeżdżących dyskotek i zimnych łokci. Ale ogólna wiosenna aura w połączeniu z pozytywnymi wrażeniami w nowej pracy wprawiła mnie w przyjemny błogostan i dała porządny zastrzyk optymizmu.

I nagle przyszedł mail od matki. Kobiety, której nie widziałam trzy miesiące, z którą nie kontaktuję się piaty miesiąc i o której kompletnie nie myślę. Ani źle, ani dobrze, nie myślę o niej po prostu wcale.

Całą moją równowagę oczywiście diabli wzięli, ale nauczona doświadczeniem, że pod wpływem emocji nie ma co działać, zostawiłam kwestię nań odpisywania na inny czas i poszłam spać. Cały następny dzień zastanawiałam się, co powinno odpisać się komuś, kto przez tyle lat sukcesywnie doprowadzał do sytuacji, w której nie miałam już innej opcji, jak tylko spakować wszystkie manele i się wynieść, a kto teraz przysyła mi płaczliwy list o tęsknocie i, zwracając się do mnie zdrobniale, pretensjonalnie podpisuje się MAMA.

Miałam ochotę napisać - MAMO, kazałaś mi [cyt.] wypierdalać z tego domu już tyle razy, że doprawdy nie rozumiem skąd teraz ta histeria, zwłaszcza, że twoje pobożne życzenie w końcu się spełniło.

Żuż powiedział - idź, spotkaj się z nią, wiem że nie chcesz, ale ty wiesz że i tak musisz, odbębnij to i będziesz miała z głowy. No bo jak to tak, dać argument rodzinie, że jednak przeszłam na ciemną stronę mocy? Że ze mnie zło chodzące i z własną matką się nie chciałam zobaczyć? Że jednak jestem nienormalna? No tak. Bo kto normalny mieszkający całe życie we Wrocławiu, wynosi się do mieszkania studenckiego we ...Wrocławiu. A tak poza tym, to jak wygląda w tej kwestii szeroko pojęta normalność?

Do spotkania zatem doszło, mogłam je nawet opisać zanim jeszcze wyszłam z domu, wszystko było tak przewidywalne. No i jego przebieg w sumie dość dobrze obrazował nasze wzajemne relacje: po pół godzinie bolesnego kręcenia się na krześle wyszłam w połowie jej zdania, choć teraz nie wiem: czy to jej starość i pogłębiająca się naiwność, czy moja frustracja - pewnie jedno i drugie, ale ja naprawdę nie mam jej nic do powiedzenia. Nie mam też jakichś oczekiwań w stosunku do niej, nic co by powiedziała nie zmieni tego, co już zdąrzyło się wydarzyć. Nie przeszła testu na dobrego rodzica. I nie ma tu zaklęć magicznych, od-czarowań jakichś, CTRL+Z, tu trzeba było wyobraźni trochę i współodczuwania, to nie jest trudne. Ale nie działa, jeśli stara się tylko jedna strona. Mowiłam jej o tym przez tyle lat, mówiłam że takie właśnie będą konsekwencje. I są.

Proszę nie mieć więc do mnie pretensji o brak wyrzutów sumienia. Po prostu gdzieś w środku byłam już przygotowana na obecną sytuację - że nastąpi.

Brak komentarzy: